farbowanie roślinami

Rozpieszczeni pięknymi zdjęciami i filmami o farbowaniu naturalnym, jesteśmy niemal pewni, że zawsze jest barwnie i soczyście. Śledzimy czyjeś poczynania krok po kroku, podglądamy proces i z zapałem zabieramy się za własne eksperymenty. Spodziewamy się spektakularnych kolorów, mocnych, nasyconych, intensywnych. Jednak nie zawsze takie otrzymujemy. Dlaczego tak się zdarza i co na to możemy poradzić?

Kolory uzyskane z roślin zależą od wielu różnorodnych czynników. Na jedne z nich mamy wpływ, a na inne już nie za bardzo. Czym barwimy, co barwimy, w jakiej wodzie, w jakim naczyniu, czym mieszamy, jaka jest temperatura kąpieli, ile czasu to trwa, co i w jakiej kolejności dosypujemy… Jak widać, lista zmiennych jest dość długa. Choć pokazuję Wam zwykle udane doświadczenia i sensownie zafarbowane tkaniny, mi też nie zawsze wychodzi.

Najczęściej powodem jest sam surowiec roślinny, a czasem włókno i sposób jego przygotowania. To są jedyne źródła totalnej klapy. Pozostałe czynniki nie mają aż tak znaczącego wpływu na powodzenie, choć istotnie oddziałują na odcień, temperaturę, trwałość barw, a także plamy czy równomierne wybarwienie włókien. A zatem, jeśli coś idzie nie tak, szukajmy u źródła – w roślinie. Bo gdy ona daje radę, to trudno coś popsuć. Kiedy mamy do czynienia z gatunkiem o dużym potencjale barwierskim, wówczas, robiąc błędy podczas procesu farbowania możemy jedynie osłabić barwy lub sprawić, że nie zwiążą się z włóknem trwale. Ale nie powinno się zdarzyć nic zatrważającego. Natomiast jeśli pracujemy z surowcami o niewielkiej ilości barwników (lub zebranymi w nieodpowiedniej porze albo źle przechowywanymi), nie liczmy na cuda. Z pustego i Salomon nie naleje.

Osobiście nie nastawiam się prawie nigdy na niezwykłe efekty. W szczególności nie oczekuję konkretnych rezultatów! Podchodzę do farbowania z ciekawością, którą podsyca wielka niewiadoma. Nie zniechęcam się. Was zachęcam do tego samego. Tylko takie podejście pozwala na żmudne i nieraz długotrwałe poszukiwanie kolorów.

Ostatnio pokusiłam się o spróbowanie materiału roślinnego, o którym nigdy nie słyszałam pod kątem barwienia. A jednak myślałam o nim od pewnego czasu i wreszcie znalazłam czas na eksperyment. Szyszki modrzewiowe. Wydawało mi się to oczywiste i wręcz konieczne, by je przetestować. Wszak od ładnych kilku miesięcy chwalę wszem i wobec szyszki świerkowe, pokazuję je Wam na warsztatach i niezmiennie się nimi zachwycam. Dają bowiem złamane róże i fiolety, szlachetne i nieźle nasycone. Intensywność kolorów wzrasta wraz z czasem barwienia. Kąpiel się pieni i pachnie lasem, na garnku osadza się żywica… To taka typowo leśna kąpiel, podobno modna ostatnio w popkulturze 😉 Aż się prosiło spróbować kolejnego drzewa iglastego i jego zdrewniałych owoców.

farbowanie naturalne

Modrzewie rosną powszechnie niemal wszędzie. Pod moim blokiem po kilku wietrznych dniach znalazłam wiele połamanych gałązek oraz szyszek. Włożyłam je do garnka, zalałam wodą i następnego dnia podgrzewałam, zgodnie z najbardziej uniwersalna recepturą, około 2-3 godziny. Już po tym czasie zauważyłam, że to nie jest typowa sytuacja, gdyż kąpiel nie miała żadnej wyraźnej barwy, choć pachniała pięknie. Tkaniny włożone do surowego wywaru, bez zaprawy, nie złapały nic. Nawet sino-bladego odcienia. Nie zmartwiłam się tym specjalnie, gdyż często po dodaniu ałunu kąpiel barwiąca nabiera rumieńców i pokazuje cały swój, uśpiony wcześniej, potencjał. A więc dosypałam białego proszku i… nic się nie zmieniło. Trochę zmętniało, trochę zawirowało, ale bez szału. Przygotowałam niewielką porcje próbek z różnorodnych włókien i wrzuciłam na godzinę, by mieć już pełen obraz.

modrzew

Tak, modrzewiowe szyszki to ten przypadek, kiedy roślina, mimo poprawnego przeprowadzenia procedury, użycia właściwych włókien, odczynników i wody, neutralnych narzędzi i naczyń, i tak nie chce oddać koloru. Najprawdopodobniej dlatego, że go nie ma! I na to już nie ma rady. Trzeba iść na spacer i poszukać nowych surowców. Powodzenia!