botanical dye

Ostatnio wspominałam o wielkiej trójcy farbiarzy, roślinach, na podstawie których można zbudować większość odcieni. To trzy gatunki znane ludzkości od starożytności, a może jeszcze wcześniej. Uprawiane i wykorzystywane do barwienia włókien, ciała, przy tworzeniu kosmetyków oraz pigmentów malarskich. Zresztą, podobnie jak w malarstwie, te trzy rośliny dają trzy podstawowe kolory: niebieski, żółty i czerwony. Za czerwony odpowiada marzanna barwierska, za niebieski indygowiec barwierski, zaś źródłem żółtego jest rezeda żółtawa.

Ziele rezedy daje trwałe, soczyste wybarwienia, odporne na działanie promieni słonecznych i pranie – pewnie dlatego w krajach anglojęzycznych nazywana jest “rakietą farbiarzy” (dyer’s rocket).

Rezeda żółtawa (reseda luteola) to dwuletnia roślina zielna osiągająca do 1m wysokości. Jest to typowa roślina barwierska, a także roślina miododajna. Zawiera żółty barwnik – luteinę, podobnie jak jej kuzynka, rezeda żółta (reseda lutea). Rezeda pochodzi z basenu Morza Śródziemnego, w Polsce występuje rzadko, można ją spotkać głównie na południu kraju. Rośnie na nieużytkach, suchych poboczach, rowach i wałach kolejowych. Niestety na terenie Łodzi i okolic nie zauważyłam rezedy. Znajoma z Warszawy zbiera w stolicy rezedę żółtą, natomiast kolega z Białegostoku twierdzi, że występuje tam odmiana żółtawa. Szukajcie, a nuż znajdziecie!

Jak farbować rezedą?

Ziele rezedy należy używać w postaci drobno pociętej, posiekanej. Surowiec zamocz w przeddzień właściwego farbowania. Możesz użyć do tego gorącej lub zimnej wody. Rezeda jako jedna z niewielu roślin barwierskich preferuje twardą wodę. Gotuj roślinę przez ok. 1 godzinę, a potem odcedź, kąpiel przestudź i dopiero do takiej chłodnej cieczy włóż włókna. Farbowanie może trwać od 30 minut do 2 godzin, w zależności od pożądanego koloru. Zarówno wydobywając barwnik, jak i farbując tekstylia, nie przekraczaj temperatury wrzenia, gdyż doprowadzi to do złamania świetlistości barw – staną się zgaszone i brudne.

Rezeda jest surowcem bardzo wydajnym i daną porcję ziela można użyć kilkukrotnie, aż do wyczerpania mocy barwierskiej. Bez zaprawy oraz na zaprawie ałunowej ziele daje odcienie cytrynowej żółcieni, zaś po dodaniu siarczanu żelaza barwy zmieniają się w stronę zgniłej żółci, oliwkowego, jasnego khaki.


Opcje kolorystyczne wynikające ze stosowania wielorakich wspomagaczy i różnorodnych włókien.

Niegdyś, w czasach stosowania silnie chemicznych zapraw, rezeda barwierska była wykorzystywana do osiągania koloru starego złota, z zaprawą chromową! Z kolei na zaprawie cynowej można było zbudować paletę odcieni pomarańczu i ciepłych żółcieni.

Jak wiecie, unikam silnej chemii i jedyne regularne doświadczenia przeprowadzam przy użyciu ałunu, siarczanu żelaza oraz zapraw organicznych. W przypadku rezedy zrobiłam testy z różnymi bejcami oraz zaprawami, najpierw na włóknach pochodzenia zwierzęcego, a potem roślinnego. Tych doświadczeń było kilka, a niektóre z nich miały po kilka etapów. Pragnęłam jak najwięcej „wyciągnąć” z pracy z rezedą. Na samym początku wymienię wszystkie substancje, których użyłam, by zbudować delikatne różnice barwne:

  • ałun
  • kamień winny
  • mleko sojowe własnej roboty
  • mleko prosto od krowy
  • bejca taninowa z żołędzi dębu szypułkowego
  • kadź indygo

1.Po pierwsze: wełna i bejce.

W towarzystwie Kasi z Eastern_Art farbowałam wełnę z merynosa (Kasia przędła wełnę własnoręcznie), budując tonacje na 6 różnych kombinacjach. Wykorzystałyśmy ałun, kamień winny, których użyłyśmy jako bejcy (przed właściwym farbowaniem) oraz jako zaprawy (dodając do kąpieli farbiarskiej). Poza tym, że spędziłyśmy przemiły twórczy dzień, ja po raz pierwszy barwiłam na poważnie wełnę, a Kasia po raz pierwszy spotkała się z rezedą. Jak wspomniała, ta roślina swoim zapachem chciała sabotować nasze działania… Faktycznie, opary kąpieli rezedowej nie należą do najprzyjemniejszych dla ludzkiego nosa.
Jak to było i jakie efekty dała ta loteria fantowa:

naturalne farbowanie
1. wełna surowa + garnek bez niczego
2. wełna bejcowana ałunem i kamieniem winnym + garnek bez niczego
3. wełna surowa + garnek z ałunem
4. wełna bejcowana ałunem i kamieniem winnym + garnek z ałunem
5. wełna surowa + garnek z ałunem i kamieniem winnym
6. wełna bejcowana ałunem i kamieniem winnym + garnek z ałunem i kamieniem winnym 

Nasze wspólne wnioski są takie, że dla świetlistych i intensywnych wybarwień najlepiej sprawdza się bejcowanie wełny kamieniem i ałunem, a potem gotowanie jej w surowej kąpieli. Wszelkie dodatki do kąpieli barwiącej zmieniają kolory w stronę jajecznych żółcieni, niwelując niemalże różnice wynikające z wcześniejszego bejcowania. Jeśli jednak dążysz do słonecznego i ciepłego odcienia, dodanie ałunu do garnka zrobi swoje. Dla każdego coś miłego.

2. Po drugie: bawełna i len kontra kamień winny.

Kolejne eksperymenty wykonałam na włóknach pochodzenia roślinnego, chcąc sprawdzić, jak obecność kamienia winnego w kąpieli wpłynie na barwy lnu i bawełny. Nie liczyłam na wiele. Tradycyjna literatura dotyczące barwierstwa wyraźnie wskazuje, że kwaśny winian potasu to typowy asystent użyteczny przy farbowaniu wełny. Nie sprawdza się w niuansowaniu włókien celulozowych. Jednak, pomyślałam, co mi szkodzi zanurzyć po kilka próbek. Do każdej dodałam po skrawku jedwabiu. Przyznam, że wyniki tej przygody potwierdzają sprawdzone receptury – nie warto dosypywać kamienia winnego, gdy planuje się barwić włókna roślinne. Dla zobrazowania dorzucam fragment przędzy wełnianej, pochodzącej z tych samych garnków.

farbowanie roślinami
Od lewej: sama rezeda // rezeda+ałun // rezeda + ałun + kamień winny

3. Po trzecie: ałun jako bejca i zaprawa.

Mając na tapecie rezedę, nie sposób wspomnieć o wpływie samego ałunu na kolory, w nieco szerszym spektrum. Stosowanie ałunu jako bejcy, czyli środka przygotowującego do barwienia, daje podobne rezultaty jak użycie go do zaprawiania symultanicznego – podczas właściwego farbowania. W zasadzie, w obu sytuacjach ałun podsyca barwy, daje im większą świetlistość, nasycenie i trwałość. Kolory są zbliżone co cytrynowej żółcieni. Włókna białkowe (wełna i jedwab) barwią się niezwykle intensywnie, natomiast włókna celulozowe (len, bawełna, bambus, eukaliptus, konopie…) przyjmują barwy nieco jaśniejsze. Tak czy siak, bez ałunu kolory są bledsze, bardziej mleczne. Na pewno zaś mniej trwałe!

farbowanie roślinami
U góry: tkaniny surowe
U dołu: tkaniny po gotowaniu z zaprawą ałunową

4. Po czwarte: bejce organiczne.

Przedostatni etap moich poszukiwań dotyczył tkanin bawełnianych, bejcowanych przy użyciu świeżego mleka krowiego, mleka sojowego oraz żołędzi dębowych. To obecnie moje ulubione bejce, które mogę stosować bez ograniczeń. Wiem, że są dla mnie nieszkodliwe, mogę śmiało wylewać je do gruntu i nie przejmuję się zapachami, które oddaje choćby ałun rozpuszczony w wodzie. Jako, że pracuję głównie na surowcach roślinnych, mleko krowie pewnie niebawem też pójdzie w odstawkę, ale chciałam wypróbować je do celów badawczych, tym bardziej, że „znam” osobiście krowy, od których pochodzi.

Tym razem wyraźnie widać różnice w kolorze, choć wiadomo, to wciąż żółcienie! Co ciekawe, jeśli dążymy do cytrynowych odcieni, lepiej nie bejcujmy tkanin wcale. Każdy organiczny dodatek zgasi barwę i nada jej miodowy ton.

barwienie rezedą
Od lewej tkaniny:
surowe // bejcowane mlekiem sojowym // bejcowane mlekiem krowim // bejcowane taninami

5. Po piąte: w poszukiwaniu zieleni. Indygo.

Naturalną koleją rzeczy w barwieniu ziołami i liśćmi drzew czy krzewów jest stosowanie zaprawy żelaznej. Jest to prosty i sprawdzony sposób, szczególnie przydatny wielbicielom szlachetnych, mniej soczystych odcieni. Wymaga bowiem tylko dodania zaprawy do garnka lub zamoczenia tkanin wcześniej barwionych (np. z ałunem) w roztworze wodnym siarczanu. Ten proces ma zbudować paletę oliwkowych, leśnych zieleni, w zależności od koloru bazowego, jaki daje dana roślina. Znacie dobrze te barwy: oliwkowe, khaki, zgniłe zielenie, kolor mchu, zupy szczawiowej… Dają je między innymi nawłoć, brzoza, wrotycz, olsza, topola. Wiadomo jednak powszechnie, że za pomocą siarczanu żelaza nie uzyskamy kolorów soczystych, trawiastych czy limonkowych. Do tego konieczne jest barwienie dwuetapowe, przy użyciu niebieskiej farby. Najbardziej sprawdzony sposób to wykorzystanie kadzi indygo. Tak powstały wszystkie zielenie, które znamy z antycznych kobierców, zabytkowych gobelinów czy arrasów. Ciekawostką jest fakt, że czasami na prawej i lewej stronie tych tkanin widnieją inne barwy: z prawej najczęściej pozostaje granat/niebieski, a z lewej, nie mającej regularnego kontaktu ze światłem, jeszcze znajdziemy zielony. Dlaczego tak się dzieje? A to dlatego, że niektórzy farbiarze do zbudowania zieleni stosowali połączenie: kurkuma + indygowiec. Przy czym kurkuma jako barwnik jest spektakularna, ale zupełnie nieodporna na światło. Stąd na prawej, doświetlonej stronie tkaniny możemy zauważyć niebieską trawę… Po prostu kurkuma wyblakła, zostały niebieskości. Przepisem na sprawdzoną zieleń, która nie zmieni się na granat, jest połączenie: rezeda + indygowiec. Podążając za tym tropem zbudowałam paletę jasnej, wiosennej zieleni. Moja kadź indygo była już słaba, dlatego nie znajdziemy tutaj szmaragdowej ani butelkowej zieleni, a jedynie odcienie „młode”. Jednakże i tak widać duży potencjał na przyszłość. Zobaczcie sami:

rezeda i indygo

P.S.
Na co dzień farbuję suszoną, siekaną rezedą żółtawą. Ale mając możliwość spróbowania rezedy żółtej, nie odmówiłam sobie tej przyjemności. Niestety, roślina mnie zawiodła. Mimo podobieństwa i obecności związków barwiących, moja porcja rezedy ze stolicy nie oddała koloru… niemal wcale. Myślę, że kiedyś powtórzę doświadczenie, ale póki co zatrzymuję się przy sprawdzonej rakiecie farbiarzy. Jeśli jednak Wy macie pozytywne doświadczenia z rezedą żółtą, podzielcie się!