Wiosna, ach to ty! Już jest!!! Przybyła wśród ciepłych promieni słońca, z klangorem żurawi i świeżym zapachem ziemi. Cóż jest cudowniejszego po zimowych, szarych miesiącach niż radosny śpiew ptaków oraz powolne odradzanie się zieleni?
Spacerując wśród łąk ubóstwiam skowronki, które podrywając się z pól fruną hen do nieba, aż w końcu znikają z pola widzenia, jednak wciąż je słychać. Każdy ptasi trel wywołuje uśmiech na mojej twarzy, a pojedyncze kwiatki czy listki sprawiają mi wiele szczęścia. To niezwykłe, jak co roku, zataczając krąg, natura budzi się na nowo, po to by dać z siebie wszystko. A w nas budzą się marzenia i nadzieje.
W ogrodzie
W raz z nastaniem wiosny najbardziej aktywnymi grupami osób zdają się być ogrodnicy i rolnicy. Gdy tylko pojawia się szansa na pogodny dzień, każdy stoi już w blokach startowych ze szpadlem i grabiami w dłoni. Przed nami bardzo intensywny okres. Siewy, nasadzenia, cięcia drzew i krzewów. Pomimo mnóstwa pracy do wykonania i rozpoczętego już sezonu jest jeszcze czas, aby wprowadzić korekty do ogrodniczych planów i dodać kilka gatunków barwierskich (krokosz, aksamitka, urzet itp.).
Być może także wielu z Was przycina drzewa i krzewy owocowe w ogrodzie. Pewnie gałązki przeznaczacie na kompost lub ognisko. Mam nadzieję, że od dziś pomyślicie także o innym ich zagospodarowaniu, bowiem drzemie w nich potencjał barwierski.
Wiosenno-jesienny surowiec
Jednym z surowców farbiarskich jest kora drzew. Najbardziej powszechna – kora dębu, jest mi dość bliska. W okresie, gdy wszyscy wbrew naturze kręcili włosy proste i prostowali te kręcone oraz zmieniali ich kolor, także zachciałam mieć ciemniejsze pukle. W starej książce o pielęgnacji przeczytałam, że efekt taki można uzyskać robiąc płukanki z wywaru kory dębu. Być może udałoby mi się to, gdybym robiła to przez pół roku. Nie widząc natychmiastowego efektu szybko się zniechęciłam i pozostałam przy swoim blondzie. Na szczęście zdecydowanie lepiej barwniki z kory dębu radzą sobie na tkaninach. Ale nie o dębie dziś będzie, a o korze drzew owocowych i pewnym krzewie…
Owocowo
Na warsztat wzięłam czereśnie, jabłoń, gruszę, śliwę mirabelkę, brzoskwinię oraz borówkę amerykańską. Korę z gruszy i śliwy zebrałam w tamtym roku w okresie września, surowiec z pozostałych gatunków pochodzi z tegorocznych cięć. Zgodnie z zasadami ogrodniczymi jabłonie i grusze możemy przycinać od lutego do końca marca, a potem w sierpniu pozbywamy się tzw. wilków (które są bardzo dobrym surowcem do farbowania). Czereśnie tniemy po zbiorze (lipiec-sierpień), brzoskwinie w maju, śliwę w marcu i we wrześniu po zbiorach, a borówkę amerykańską przez cały marzec. U mnie na wsi przyjęło się, że nie tnie się drzew jak kwitną, bo się obrażą i nie będą owocować. Myślę, że warto się do tego stosować.

Ze „ścinków” zawsze wybieram gałązki o młodej korze, pozbawionej porostów (mogą wpływać na kolor kąpieli). Najwygodniejsze są takie o średnicy co najmniej 1 cm, ale wiadomo, że jak nie ma z czego wybierać to, biorę nawet „cieniznę”. Zbieram korę ostrym nożykiem (kto by pomyślał, że umiejętność strugania strzał i łuku z czasów dzieciństwa do czegoś mi się jeszcze przyda). Z surowca można oczywiście korzystać od razu po zbiorze albo wcześniej wysuszyć.
kora czereśni
W warsztacie
Kąpiel przygotowałam wedle przyjętej proporcji 1:1 w przypadku surowca suchego, a w przypadku surowca świeżego 2:1 (pierwsza wartość to waga rośliny, druga waga tkanin). Wszystkie kory moczyłam przez noc. Z racji mnogości gatunków oraz niedoboru małych garnków najpierw gotowałam rośliny, a po odcedzeniu płyn przelewałam do słoików, w których odbywało się farbowanie. Naczynia były nieustanie podgrzewane w kąpieli wodnej. Do eksperymentu użyłam czystych, niebejcowanych skrawków wełny, surówki bawełnianej, batystu, lnu surowego oraz lnu bielonego. W pierwszej kolejności farbowałam tkaniny w czystej kąpieli, następnie w zaprawionej ałunem oraz rozwiniętej siarczanem żelaza. W wyniku powyższego uzyskałam po trzy zestawy dla każdego gatunku, co dało 90 szt. próbek.
kora brzoskwini


Pozory mylą
Z kory jabłoni uzyskałam cieliste beże, ciepłe żółcienie oraz szałwiowo-oliwkowe zielenie. Podobne kolory uzyskałam z czereśni, choć barwy są bardziej intensywne.
Śliwa mirabelka dała delikatne beże (tkaniny ledwie muśnięte), piaskowe żółcie i odcienie khaki.
Od samego początku moją ciekawość przyciągała brzoskwinia, ale początkowo nie mogłam nigdzie znaleźć odpowiedniego drzewka, a gdy już się udało, to przy korowaniu i gotowaniu surowiec mocno dał się we znaki, bo pachniał amigdaliną (to ten aromat, który poczujecie jak rozgryziecie np. pestkę jabłka). Tkaniny z czystej kąpieli zafarbowały się na ciepły beż, ujawniając gdzieniegdzie brzoskwiniową barwę. Dlatego dorzuciłam też kawałek jasnej wełny, aby wydobyć na niej kolor tego słodkiego owocu. Roztwór z ałunem zgasił i pożółcił tkaniny.
W rzędach od góry: śliwa, czereśnia, brzoskwinia
Grusza była dla mnie trochę niespodzianką, ponieważ myślałam, że będzie barwić podobnie jak jabłoń. Jednak już po barwie kąpieli było widać jej odmienny potencjał. Farbowanie ukazało przygaszone róże, ciepłe morele oraz brązy.
W rzędach od góry: jabłoń, grusza
Na sam koniec zostawiłam borówkę. Z racji prowadzenia mini plantacji tego właśnie krzewu, marzec kojarzy mi się z jej cięciem. Surowcem była kora z młodych pędów oraz drobne, cienkie odrosty, które pocięłam na mniejsze części. Spodziewałam się żółci albo beżu, a tu niespodzianka, bo ukazał się róż podszyty fioletem, co potwierdziło się na wrzuconym dodatkowo kawałku białej wełny. Prócz tego uzyskałam barwę camelową i chłodny brąz.

borówka
Uzyskana paleta, mimo że nie ma tu zbyt intensywnych kolorów, ma coś w sobie. Może to sekret skrywany przez rośliny, który dał nam się odkryć, może kolory ziemi, może barwy całego cyklu rocznego. Ciekawa jestem jak Wam się podobają te kolory i czy będziecie eksperymentować z tym surowcem?