dzikie barwy

Istnieje taka metoda farbowania włókien, która nie wymaga nieustannego dozoru, ale za to wymaga dużo czasu. To fermentacja. Nie jest zbyt absorbująca. W zasadzie potrzebuje minimalnego wsparcia na starcie oraz doglądania w trakcie. Może więc być alternatywą dla osób, które nie mogą pozwolić sobie na spędzenie kilku godzin przy kuchence, natomiast mają przestrzeń, w której pojemniki z niezbyt pachnącą cieczą nie będą nikomu przeszkadzać. Może być też rozwiązaniem dla młodych matek zaangażowanych w opiekę nad bobasem…

Farbowanie poprzez fermentację surowców roślinnych jest dość popularną metodą wśród rekonstruktorów. Najczęściej polega na zalaniu roślin wodą i pozostawieniu na kilka tygodni. W tym czasie kąpiel kiśnie, a barwniki powoli przenikają z roślin do wody, następnie z wody na włókna. Wcześniej nie miałam za bardzo ochoty na takie eksperymenty, gdyż w większości przypadków pozwalają one uzyskać te same kolory, jakie otrzymujemy barwiąc na gorąco. Ostatnio jednak natrafiłam na tekst słynnej Jenny Dean, odwołujący się do alkalicznej fermentacji garbników. W Polsce temat przerobiła też Kasia Feima-Stasińska, która zgłębia historyczne receptury, a także od kilku lat pisze książkę o polskich tekstyliach barwionych naturalnie w Średniowieczu (bardzo czekam na tą książkę!). Obie panie pisały o tym na tyle ciekawie, by mnie zachęcić. W dodatku, dzięki nim odnalazłam źródła mówiące o różnorodnych, dawniej używanych na terenach Finlandii, roślinach barwierskich.

W średniowiecznej Finlandii dzięki metodzie fermentacji otrzymywano kolor czerwony. Był alternatywą dla czerwieni z kłącza marzanny barwierskiej, która nie rosła na tamtych terenach. Na czym więc polega taki sposób farbowania?

Na początku trzeba powiedzieć, że dotyczy głównie garbników. Garbniki to związki występujące w roślinach, często w tkance miękiszowej, w korze lub kłączach. Mają duży potencjał w farbiarstwie, gdyż służą często jako środki bejcujące. W literaturze anglojęzycznej występują jako “tannins”, co często jest tłumaczone: taniny. Tanina jest jednym z najpopularniejszych garbników, stąd w polskojęzycznych źródłach te dwa określenia mogą występować zamiennie.

Metoda fińska zakładała zbudowanie środowiska alkalicznego przez zalanie popiołu z drzew liściastych wodą i stworzenie ługu. Po kilku dniach ług odcedzano, dodawano surowce roślinne i odstawiano w ciepłym miejscu, czasem ogrzewano naczynie kamieniami z ogniska. Włókna dodawano do takiej kipy na początku procesu lub dopiero w momencie, gdy rośliny zaczęły oddawać kolory.
Metoda Jenny Dean zaś pozwala na fermentownie na zimno, również przy użyciu ługu popiołu drzewnego. Kasia Feima-Stasińska z kolei fermentuje przy użyciu sody oczyszczonej, co też daje dobre rezultaty.

Ja zdecydowałam się na fermentację z pomocą sody oczyszczonej, gdyż popiół z naszego ogniska był zawsze zbyt gorący, by go zabierać do miasta. Prawdopodobnie skuszę się na wypróbowanie popiołu, gdy będę mogła dłużej zostać na wsi i stworzyć wymarzony ług z użyciem deszczówki.

Nie podgrzewałam kąpieli, bo w pracowni jest stała temperatura pokojowa. Po prostu zalałam różnorodne surowce letnią wodą, po dobie lub dwóch sprawdziłam pH i wrzuciłam włókna. Na początku codziennie monitorowałam pH i dodawałam porcję sody, by utrzymać środowisko zasadowe. Potem jednak fermentacja się “ustatkowała” i nie trzeba było jej wspomagać. Zrobiłam w sumie 7 takich kąpieli, w dwóch turach.


Pierwsza tura to były 4 gatunki: kora jabłoni domowej, kora olszy czarnej, kora sosny, ziele lawendy. Wszystkie kory zbierałam osobiście i były w formie czystej, bez gałązek (wióry ociosane nożykiem), lawenda zaś w formie łodyg z liśćmi i kwiatami, pochodziła z ogrodu moich rodziców. Wagowo było różnorodnie, sosna- 400g, lawenda – 130g. Każda roślina zajęła 5-litrowe wiadro. Te surowce zostały zalane wodą i pozostawione do fermentowania przez pierwszą dobę. Początkowo pH w wiadrach było ok 5, choć jabłoń samodzielnie doszła do pH 8. Po dobie do wszystkich wiader dorzuciłam porcję sody, skorygowałam pH do 9 i dodałam włókna. Każda kąpiel sprawowała się inaczej i pewnie warto o tym wspomnieć.


SOSNA

Kolor cieczy był nikły, za to szybko pojawiły się bąbelki i syczenie. Fermentacja zachodziła pięknie, przy niewielkich korektach pH nie spadło poniżej 7, a najczęściej było 8-9. Już po kilku dniach kąpiel nabierała barw, a po 2 tygodniach ciecz stała się nieprzejrzysta i gęsta. Potem znowu wróciła do większej przejrzystości. To była niewątpliwie kąpiel o najpiękniejszym zapachu – takiej lekko kwaśnej żywicy, leśnego bajorka… Tkaniny wyjęłam po ok. 4 tygodniach, gdy już nie “łapały” więcej barw. Po wysuszeniu okazały się pudrowo różowe. Zdecydowanie daleko im do czerwieni. Najlepiej zafarbowały się włókna bejcowane wcześniej soją lub ałunem.

sosna kora
Zebrana kora
Tkaniny po tygodniu zanurzenia
Kolory po miesiącu fermentowania


JABŁOŃ

Już po kilku godzinach kora jabłoni oddała kolor: z początku był złocisty, a potem stał się intensywnie żółty. Po 2 dobach był już koniakowy i wciąż się nasycał. Pod koniec był prawie czerwonobrązowy. Z upływem czasu zapach kąpieli stawał się też coraz intensywniejszy, najpierw przypominał cydr, potem ocet jabłkowy, a po miesiącu stał się nieprzyjemny, jeszcze bardziej alkoholowy i gorzkawy. Odczyn cały czas utrzymywał się na poziomie pH 8-9, czasami musiałam dodać nieco sody. Po dwóch tygodniach w ogóle nie kontrolowałam pH, bo widziałam, że farbowanie pięknie zachodzi samo. Pierwsze tkaniny wyjęłam po 3 dniach od zalania kory i jeszcze mokre wyglądały na intensywnie zielone. Przypominały młode żyto! To było największe zdziwienie, gdyż kąpiel wtedy już była mocno pomarańczowa, a tekstylia pływające po powierzchni pomarańczowo-czerwone. Niestety po wyschnięciu tkaniny się całkowicie zmieniły, zachowały jedynie odcień złotawej żółcieni i bladej moreli. Część zostawiłam w kąpieli, a kilka wyjęłam. ALE! Nastąpiło swego rodzaju tąpnięcie, którego nie zwiastowała obserwacja kąpieli – wszak zyskiwała ona na wybarwieniu. Niestety, włókna, które leżały w wiadrze z korą zbyt długo, straciły swoje mocne kolory. Te bejcowane pozostały zielonkawo-żółte, ale niezbyt nasycone. Te surowe stały się blado morelowe. Tylko próbka wełny zabejcowanej ałunem i kamieniem winnym świeci pomarańczową żółcienią.

kora jabloni
Suszona kora jabłoni
dzikie barwy
Takie zielenie prezentowały mokre włókna z pierwszego wynurzenia! (światło świetlówek)
dzikie barwy
Po lewej tekstylia na powierzchni wody – w kolorze ceglanym. Z prawej u góry widać kolor po wypłukaniu i wyschnięciu.
dzikie barwy
Największy fragment tkaniny to len z pierwszego wynurzenia. Podobnie intensywnie pomarańczowy stosik w prawym dolnym rogu. Reszta to włókna, które posiedziały w kąpieli za długo.


LAWENDA

Ziele lawendy zachowywało się niemal identycznie, jak kora jabłoni. Kąpiel nasyciła się kolorem przez pierwsze kilka dni, zapachy stawały się coraz bardziej intensywne. Jedynie pH wymagało większej uwagi i korekcji, bo na początku nie wzrastało powyżej 5. Tutaj zdecydowanie pomogła soda. A jednak nie mam zbyt wiele do pokazania, gdyż tutaj również nastąpiło tąpnięcie. Włókna bejcowane ałunem lub soją od początku “złapały” cytrynową żółć, jednak potem wszystkie barwy wróciły do kąpieli! Dlaczego? Nie mam pojęcia. Kolor utrzymał się jedynie na przędzy wełnianej.

lawenda
Włókna po kilku dniach w fermentowanej lawendzie.
lavender
A to kolory, które zostały. U góry zielonkawa przędza wełniana.


OLSZA

Kora olszy pochodziła z młodych gałązek, które znalazłam ubiegłej zimy i oskrobałam. Od razu po zalaniu surowca wodą wrzuciłam włókna. Kontrolowałam pH przez pierwsze kilka dni, utrzymując je na poziomie 8. Niestety, już po pierwszych kilku dniach, kąpiel zaczęła okropnie cuchnąć, nie oddając przy tym koloru. Co jakiś czas wyciągałam tkaniny, by sprawdzić, czy mimo to się farbują. Niestety, nawet po miesiącu pozostały jasnobeżowe i, co gorsza, nie pachną ładnie.

kora olszy
Kora ociosana z gałązek.
olcha kora
Nikłe rezultaty tej fermentacji.


WNIOSKI

Przemyślenia z pierwszej części doświadczenia są takie, że za długo może oznaczać nieefektywnie. W przypadku kory sosny czas działał na korzyść, ale jabłoń i lawenda zdecydowanie traciły z upływem czasu. Kolejne fermentacje postanowiłam nastawić na około dwa tygodnie. O tym napiszę w osobnym artykule, bo będzie dużo zdjęć kolorowych szmatek 🙂

Share: