Pochodzę z małego miasteczka na stuku Pomorza i Kujaw, tam, gdzie Wda wpada do Wisły i można przejść się na spacer po wałach tych dwóch rzek. Moi rodzice mają dom umiejscowiony na zboczu, w miejscu dawnych ogromnych sadów. W swoim ogrodzie zachowali kilka drzew z tych starych sadów, obok wiekowej koksy mają też brzoskwinie. Oczywiście po przycince gałązki tych drzew trafiają do mojej pracowni. Dopiero jakiś czas temu zrobiłam użytek z kory jabłoni, a niedawno także z kory brzoskwini. Farbowałam stosując metodę fermentacji zasadowej.

Farbowanie przy wykorzystaniu fermentacji zasadowej opisywałam wcześniej (TUTAJ więcej na ten temat), gwoli krótkiego przypomnienia chodzi o to, by pozostawić surowiec roślinny na długo w wodzie z dodatkiem środka zasadowego, aby pH kąpieli przynajmniej na początku utrzymywało się zasadowe. Gałązki brzoskwini pocięłam na kawałki i zalałam wodą z kranu, dorzuciłam sporą porcję sody oczyszczonej i włożyłam pierwszą porcję próbek tkanin.

Pocięte gałązki po zalaniu wodą. Już ten widok zwiastował ciekawe efekty.

Już po jednej dobie tkaniny miały kolor pomarańczowo-morelowy, podobnie jak kąpiel. Po kilku dniach i uzupełnianiu sody, aby utrzymać pH na odpowiednim poziomie, zauważyłam taką prawidłowość: najbardziej intensywne barwy miała kąpiel na wierzchu, po zamieszaniu okazywało się, że ciecz jest jaśniejsza bliżej dna. Podobnie tkaniny: te, które wypływały na powierzchnię i miały kontakt z tlenem, były bardziej czerwonawe, nasycone. Brzoskwiniowa fermentacja odbywała się w garnku ze szczelną, ogumowaną przykrywką, ale mimo wszystko jakaś porcja tlenu znajdowała się między cieczą, a wierzchem pokrycia. Właśnie tlen podejrzewam o intensywne barwy, choć pewności nie mam.

Ciemna barwa na powierzchni kąpieli.


Gałązki brzoskwini fermentowały u mnie ponad miesiąc. W tym czasie kąpiel nabierała coraz bardziej czerwonego odcienia i ostrego, nieprzyjemnego zapachu. Tekstylia, które wrzucałam stopniowo do środka, to głównie len i bawełna, ale mniej więcej w połowie procesu, na dwa tygodnie, dodałam do garnka jedwab i wełnę. Jedwab w postaci przędzy oraz tkaniny, wełna owcza w postaci ręcznie przędzonej włóczki (przędła z runa Kasia z Eastern_Art). Co ciekawe, len lepiej przyjmował barwniki, niż jedwabna przędza. Dlaczego? Nie wiadomo.

Garnek z bliska, mocne światło 🙂

Efekty tego doświadczenia są dla mnie bardzo zadowalające, kolory od 3 miesięcy się nie zmieniły, nie utleniły ani nie spłowiały. Niestety, podczas prasowania tkanin wciąż czuć gryzący zapach miesięcznej kąpieli… Może wiec farbowanie fermentacyjne nie jest najlepszym pomysłem w przypadku odzieży czy pościeli, ale już na pewno sprawdzi się do celów artystycznych. Przecież makatka, kilim itp. nie wisi tuż pod naszym nosem i nie jest często prasowana 🙂

Len, bawełna i dzianina 50% wełny


Czy muszę tłumaczyć, dlaczego mokra włóczka jest bardziej kolorowa, niż ta sucha, wypłukana? Dla osób początkujących lub zdezorientowanych: z kąpieli wyciągamy tekstylia nasiąknięte zabarwioną cieczą. Podczas płukania wymywamy z nich nadmiar barwników oraz właśnie tą kolorową wodę. Dopiero po wyschnięciu tkaniny i włóczki osiągają docelowe kolory. Mokry ręcznik też jest ciemniejszy, niż suchy, nieprawdaż?

brzoskwinia
U góry jedwabna przędza, u dołu wełna owcza

Share: